Kowal: Pani Historia na służbie u Putina

14 maja 2015 | Autor | Kategoria: Opinie

pkWARSZAWA – Jelcyn nie miał serca do historii – zorganizował co prawda w 1995 roku wielkie obchody półwiecza zakończenia wojny, ale wyraźnie próbował odejść od posttotalitarnego rozumienia roli historii w Rosji. To za jego czasów otwarto najwięcej archiwów, wpuszczono do nich badaczy, publikowano książki, które krytycznie oceniały poszczególne wątki z historii komunizmu w ZSRR. Wśród cichych oskarżeń wobec Jelcyna pojawi się potem, już w czasach Putina, i to – że zapomniał o wielkiej sowieckiej historii, że doprowadził do obniżenia jej rangi. Po odejściu zniedołężniałego prezydenta rozpoczęła się epoka budzenia Rosjan z, jako to ujmowano, „letargu ideowego”, jelcynowskiego „nihilizmu liberalnego”. To dlatego w 2000 roku zaczęła się nowa era w polityce historycznej Kremla. Kluczową kwestią stała się na powrót II wojna światowa konsekwentnie nazywana w radzieckiej i rosyjskiej historiografii Wielką Wojną Ojczyźnianą. Na plac Czerwony powróciły wielkie defilady, które nawiązywały również do kluczowych dla Rosji wydarzeń w krajach ościennych.

W latach 2005-2009 te demonstracje siły na rocznicę zakończenia wojny były odpowiedzią na kolorowe rewolucje ludowe w Gruzji i na Ukrainie (2003-2005), a potem na interwencję wojskową w Gruzji. W ostatnich latach Dzień Zwycięstwa zaczęto znów świętować szczególnie hucznie, co ma związek z agresją zbrojną przeciw Ukrainie i aneksją Krymu. Dla Putina, gdy doszedł do władzy, było ważne, by pielęgnować rocznicę zakończenia wojny w takiej samej formie jak za Sowietów: obchodzić 9 maja, używać innej niż na Zachodzie nazwy. W tym samym czasie rosyjskie ambasady w poszczególnych krajach Europy i na innych kontynentach dostały instrukcję, by pilnować, ażeby przedstawicielstwa państw z ich dawnej sfery wpływów obchodziły Dzień Zwycięstwa tak samo jak Rosjanie. Swego rodzaju moralny szantaż przyniósł efekt: okazało się, że nawet w krajach, gdzie tradycja obchodzenia zakończenia wojny 8 maja była mocna, ambasadorowie ze Wschodu mieli wspólny z Rosjanami capstrzyk następnego dnia.

Tak jak epoka Breżniewa, po chruszczowowskiej odwilży, była powrotem do stalinizmu, tak Putin wziął w nawias czasy Gorbaczowa czy Jelcyna i wrócił do ochraniania stalinowskiej tradycji, a także stopniowego odczerniania samego Stalina. Wydarzenia końca wojny, tak jak porozumienia w Jałcie, były pokazywane jako przykłady wpływu Rosji na losy świata, a frazeologia oparta na wysławianiu „skuteczności” wodza i oceniania go wedle tego kryterium jest i dzisiaj dobrze przyjmowane przez rosyjską opinię publiczną („nikt się naszego Wowy nie boi”). Odnosi się bowiem do chwały rosyjskiego oręża i przekonania, że dzięki zdecydowaniu wodza Rosjan ich kraj utrzyma, a nawet zyska więcej szacunku za granicą.

Nie wszystko jednak z dawnego historycznego kanonu chwały pasowało do nowych czasów. Stare kalki zostały więc trochę podretuszowane: dawny „naród sowiecki” został zastąpiony w propagandowych tekstach „narodem euroazjatyckim”, Putin po wielokroć negował odrębność narodową Ukraińców czy Białorusinów. Rocznica wybuchu rewolucji październikowej została zastąpiona Dniem Jedności Narodowej, czyli rocznicą wygnania z Kremla Polaków w 1612 roku. Jednak retusze dekoracji nie zmieniały istoty sprawy, po 10 latach przerwy historia została w Rosji znów podporządkowana państwu, a jej istotą pozostał kult oręża z II wojny światowej.

Ważnym elementem putinowskiego rozumienia tej wojny było odmawianie Polakom równorzędnej roli jako członka – i to jednego z pierwszych i najwięcej dających – koalicji antyhiltlerowskiej. W kolejnych obchodach rocznicowych w 2005 i 2010 roku Putin nie zająknął się o Polsce przy wymienianiu członków koalicji: Francji czy Wielkiej Brytanii i USA. Przypominanie o niej byłoby przecież niezręcznym sygnałem dla tych, którzy pamiętają, że w 1939 roku Polska stała się ofiarą nie tylko Hitlera, ale i Stalina.

W 2005 roku na moskiewskich obchodach zakończenia wojny Polskę reprezentowali prezydent Aleksander Kwaśniewski i były komunistyczny dyktator Wojciech Jaruzelski. Ówczesna defilada odbywała się kilka miesięcy po tym, jak Kwaśniewski pośredniczył w rozmowach na Ukrainie podczas pomarańczowej rewolucji. Rosjanom nie podobała się ta polityka, dlatego podczas moskiewskich obchodów fetowano gen. Jaruzelskiego, który swój szlak bojowy rozpoczął u boku armii sowieckiej nad Oką. Pokazanie zatem Polski jako satelity ZSRR w walce z hitlerowskimi Niemcami było wszystkim, na co mógł się zdobyć Putin. Od momentu dojścia Putina do władzy historia II wojny światowej miała przypominać Rosjanom, że to za Stalina ZSRR zaczął rozdawać karty. Jednocześnie w zależności od kontekstu musiał się liczyć lub mógł sprzymierzać w walce przeciw Niemcom (po 1941 roku) tylko z największymi tego świata, a nie na przykład z Polakami.

To trywialne, ale dla Putina i współczesnej Rosji historia nie jest akademicką dyscypliną. Kłopot w porozumieniu Rosji z Zachodem polega między innymi na tym, że politycy z UE czy USA nie są w stanie wyobrazić sobie, w jakim stopniu historia i celebrowanie rocznic mogą być wprzęgnięte do rydwanu doraźnej polityki i jakie może to mieć polityczne znaczenie. Historia według Putina przestała być polem do badań i sporów, a stała się częścią oficjalnej ideologii putinowskiej Rosji i jeszcze jednym elementem oddziaływania na Zachód i własnych obywateli.

Katechizm historyczny Putina jest tak samo ważny dla budowy imperialnej Rosji jak czołgi, które przejadą przez plac Czerwony. Rosyjski przywódca w ostatnich latach wymienił zasady prawa międzynarodowego na dyktowane przez siebie „racje historyczne”. To nimi uzasadnia neoimperialną politykę wobec państw, które powstały na gruzach dawnego imperium romanowów i ZSRR. Tzw. racje historyczne były podawane jako przyczyny aneksji Krymu. Jeden z zamówionych przez Rosję mistrali nie bez powodu nosił nazwę Sewastopol. To „racje historyczne” – często dotyczące odległych epok lub czasów imperialnych – stanowiły pierwszy punkt uzasadnienia przyłączenia Krymu. Wygłoszone na Kremlu „przemówienie krymskie” rosyjski przywódca rozpoczął od przypomnienia, że w kolonii greckiej Chersonezie Taurydzkim na tym półwyspie został ochrzczony tak ważny dla prawosławia św. Włodzimierz, co miałoby dawać tytuł współczesnej Rosji do pogwałcenia litery i ducha prawa międzynarodowego w odniesieniu do nienaruszalności granic.

Historia jest potrzebna Putinowi także do legitymizacji władzy. Po kolejnych wyborach, ograniczeniach wolności mediów, śmierci oponentów w zagadkowych okolicznościach powstaje pytanie, jaki charakter ma współczesna władza Putina: czy jest bardziej autorytarna, czy zmierza w kierunku jakiegoś modelu państwa totalnego. Im mniej pewności, że władza została zdobyta w uczciwych wyborczych okolicznościach, tym większa potrzeba, by wysłać sygnał opinii publicznej: jestem jak car, historia mnie namaściła. Wśród rosyjskich elit krąży anegdota, jak prezydent Rosji zastanawiał się onegdaj ze swoim wówczas wpływowym doradcą Władysławem Surkowem, którego cara mógłby naśladować, w którą z historycznych postaci się wcielić.

Kostium historyczny Putina ma znaczenie jako uzasadnienie dla polityki zaborów i prób odbudowy imperium – jako ideologiczna podstawa czegoś na kształt trzeciego imperium rosyjskiego. Jest dodatkowym sposobem legitymizacji władzy mającej coraz mniej oparcia w wolnej woli obywateli. Historyczne przebranie ma jeszcze jedno uzasadnienie: stanowi czynnik konsolidacji społecznej i budowy zaufania do armii. Odnosi się to szczególnie do podgrzewania emocji związanych z Wielką Wojną Ojczyźnianą. Kolejne pokolenia – nie tyle Rosjan, ile powiedzmy „ludzi radzieckich” – zostały ukształtowane w przekonaniu o nieskazitelnej postawie ZSRR wobec nazizmu i faszyzmu. To dlatego wątki takie jak pakt Ribbentrop-Mołotow nie były eksponowane lub były przedstawiane jako akt koniecznego politycznego realizmu.

Jeśli Putin chce konsolidować wokół siebie opinię publiczną, musi sięgać do historii II wojny światowej i nie może zbytnio ingerować w jej interpretację narzuconą w czasach po II wojnie światowej, kiedy ZSRR jako drugie w historii wcielenie imperium rosyjskiego był u szczytów wpływów. Naruszenie tamtej tradycji musiałoby oznaczać niemal automatyczne zakwestionowanie całej sfery symbolicznej, w której wychowywali się dorośli dzisiaj obywatele ZSRR: trzeba by schować do archiwów propagandowe filmy o roli NKWD, Stalina itd. Putin zyskuje na tym, że dla dzisiejszych Rosjan jest to bariera nie do przekroczenia: każdy niemal musiałby się wyrzec części rodzimej tradycji i przekonań. Ponieważ zrozumiał, że nie są do tego gotowi, postawił nie tylko na czołgi, ale i na historię.

źródło: project-syndicate.pl

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
Tagi: , , , ,

Komentarze:

Napisz nowy komentarz

1054